STUDIA // ARCHITEKTURA I URBANISTYKA

7/08/2018
Wychodzisz z domu z torbą przewieszoną przez ramię, teczką A3, laptopem w lewej ręce, torbą z jedzeniem na cały dzień + okazjonalnie strojem na WF. Jeżeli jedziesz na uczelnię samochodem to jesteś uratowany. Jeśli twoim jedynym środkiem transportu jest limuzyna Solarisa, to z wielkim wysiłkiem przeciskasz się między ludźmi, by znaleźć choć kawałek wolnej przestrzeni na postawienie nadbagażu. Wysiadając na dwunastym przystanku o mało nie zapominasz o teczce. Po drodze wstępujesz do drukarni, w której spędzasz ostatnio zbyt dużo czasu. Pobliski sklep plastyczny jest miejscem obciążającym twoją kartę szybciej niż niejedno wyjście na zakupy. Gdy już docierasz na uczelnię jedyną przeszkodą jaka stoi ci na drodze między salą zajęć są trzy piętra schodów, które niejednokrotnie wymagają większego wysiłku niż ćwiczenia na WF. Siadasz na drewnianym krześle z lat 60. i cierpliwie czekasz na komentarz do twojego rysunku...


Jeżeli jesteś przygotowany na studia, które wymagają posiadania wiedzy jeszcze przed wykładem, kilkunastu godzin na lepienie makiet, oddawanie projektów, które po konsultacji i korekcie dostają ledwo zadowalającą ocenę to Wydział Architektury jest dla ciebie. Jakie są moje spostrzeżenia odnośnie studiowania na Wydziale Architektury? Jakie są plusy i minusy?

Kilka słów o mnie
Studia na Wydziale Architektury na Politechnice Białostockiej zaczęłam we wrześniu 2017 roku.  Obecnie jestem studentką pierwszego stopnia. Dwa semestry już za mną. Czas pędzi niespodziewanie szybko. Czuję, że nim się obejrzę, obronię inżyniera, później zdobędę tytuł magistra. Od samego początku uważałam, że jest to kierunek dla mnie, ponieważ łączy w sobie elementy ścisłe i humanistyczne. Nie straszna dla mnie nauka dat jak i realizacja projektów plastycznych. Od zawsze fascynował mnie dizajn, architektura, a przede wszystkim wystrój wnętrz budynków użyteczności publicznej. Już po pierwszych kilku dniach na uczelni wiedziałam, że dobrze wybrałam - psychologia czy studiowanie medycyny nie byłyby dla mnie.

Zmotywowani już w pierwszym tygodniu...
Jest to niejako prestiżowy kierunek. Zawsze mówi się o nim z pewną dozą szacunku (choć o niektórych nowo wybudowanych Mordorach wolelibyśmy zapomnieć i pukając się w głowę zapytać jaki magister inżynier miał śmiałość to zaprojektować). Na Wydział Architektury trudno się dostać bo trzeba mieć choć trochę zdolności plastycznych i zdać egzamin z rysunku. Jeszcze trudniej utrzymać co widać już w połowie pierwszego semestru. Już na pierwszych zajęciach z budownictwa wykładowca uświadomił nas, że tylko 2 osoby (na ponad 100 siedzących na sali) z roku zostaną architektami. Reszta nie ukończy kierunku lub znajdzie pracę w urzędzie - bardzo optymistycznie jak na drugi dzień na uczelni.

Jeżeli posiadasz w sobie poczucie estetyki, zdolności plastyczne, i odrobinę miłości do nauk  ścisłych (musisz poradzić sobie z mechaniką, geometrią) oraz humanistycznych (licealna historia zmienia się w tę o architekturze na przestrzeni wieków) to może to być miejsce dla ciebie. Nie ważny jest ukończony profil w szkole ponadgimnazjalnej. Największe znaczenie przy zdawaniu na wydział ma liczba punktów z egzaminu z rysunku. 

Gdyby doba miała 30h...
Pierwsze na co musisz być przygotowany to czasochłonność kierunku. To nie są studnia, na które się jedynie "chodzi". To, że dziś nie poszedłeś na uczelnię wcale nie świadczy o twoim lenistwie - czasem wręcz przeciwnie, kończysz przy domowym biurku rozpoczęte projekty a w głowie masz listę zadań do zrobienia. Zajęcia w formie konsultacji są bardzo powszechną formą. To na nich dowiadujesz się, że twój projekt jest świetny (co dodaje ci zapału do dalszej pracy) albo, że to co przygotowałeś wydaje się ok, ale wypadało by zmienić około 99% (i w tym momencie pytasz siebie co tu jeszcze robisz, po co zdecydowałeś się na te studia). Jeżeli był to projekt w CAD nic się nie dzieje, po prostu poświęcasz kolejne 3 dni na poprawienie pracy. Gorzej, jeśli wydałeś fortunę w sklepie plastycznym na nożyki, klej, piankę, tektury. Elementy projektowania są jednymi z tych zajęć, które wymagają przynoszenia makiet roboczych czyt. robisz dwa razy tę samą pracę (może czasami coś zmienisz). 


Gdzie wydasz ostatnie 20zł?
Po drugie, sklep plastyczny będzie twoim drugim domem. Jeden blok A3 kończy się po kilku dniach, a największa butelka kleju nie starcza na tak długo jakby się wydawało. W pewnym momencie pomyślisz, że format B1 wcale nie jest taki duży. Dodatkowo w najmniej oczekiwanym momencie skończy się tusz w drukarce, a rano pędem polecisz do wydziałowej drukarni, by przeczytać na drzwiach "dziś nieczynne".

Termin bezterminowy & potrzebne na wczoraj
"... więc na kiedy trzeba donieść pracę semestralną? Na jutro, przecież Państwu mówiłam" - takie sytuacje to norma. Ważnych kolokwiów nie da się wpisać w harmonogram zajęć, więc maila z informacją o nich można spodziewać się w środku nocy. Jeżeli potrzebujesz wydrukować jedną kartkę potrzebną na wczoraj, to spodziewaj się kolejki w drukarni (takiej rodem z PRL). Informacje o ocenach końcowych wysyłane są w tempie odwrotnie proporcjonalnym do zawrotnego, mając na uwadze to, że stopień z kolokwium będzie decydował o tym, czy podejdziesz do egzaminu zerowego czy nie oraz to, że zerówka jest następnego dnia. Siedzisz z telefonem w ręce, a na każdy mail z newsletterem reagujesz wrogim spojrzeniem. 

... bo mi się nie podoba...
Twoje ego zostaje wystawione na ciężką próbę. Nie zawsze twoje starania będą równie wysoko ocenione przez innych. Czasem twoje spojrzenie na projekt będzie zupełnym przeciwieństwem tego jak odczytają go inni. Ocena twojej pracy bywa mało obiektywna. Często będziesz czuć niezrozumienie. Dzięki temu uodparniasz się na krytykę (nie zawsze konstruktywną). W przyszłości będzie ci łatwiej przedstawiać swój projekt szerszej publiczności, broniąc swoich racji w kulturalny sposób. 

... całkiem ładne te lukarny.
Idąc przez miasto spoglądasz na budynki, myślisz o tym, jak ty zaprojektowałbyś konkretne miejsce. Siedząc ze znajomymi w bistro pierwsze co robicie to oceniacie wygląd miejsca. Jeżeli większość czasu spędzasz z ludźmi z wydziału to w pełni cię zrozumieją, a twoje rozmyślania na temat ściany bez tynku z widocznymi cegłami nie będą dziwne. 

LABEL MAGAZINE

4/29/2018

Istnieją dobre uzależnienia. Jednym z nich jest zamiłowanie do sztuki, szeroko pojętego designu. Lubię otaczać się estetycznymi rzeczami, przesiadywać w klimatycznych kawiarniach. Poszukuję produktów polskich projektantów, zgłębiam wiedzę na temat polskiego designu. Wszystko to co kocham znalazłam w Label Magazine. Piękno zwykłych rzeczy, wywiady z kreatywnymi ludźmi, inspirujące zdjęcia. Każdy numer poświęcony jest konkretnemu motywowi przewodniemu, ale  znajdziemy tu również tematy stałe: przewodnik po nowych miejscach, wnętrza i architektura, przyjemne dla oka przedmioty.



Dwumiesięcznik skupia się przede wszystkim na polskich projektantach, stwarzając dla nich miejsce, w którym mogą zaprezentować swoje prace. Szczególnie ważny stał się dla mnie numer #29. To właśnie on został poświęcony kobietom w polskim designie. Zaczynamy poszukiwać rzeczy z rodzimych manufaktur, przywiązujemy wagę do detali, jakości wykonania. Tym razem w magazynie mamy przyjemność przeczytać m. in. wywiad z Anną Orską, założycielką marki biżuterii artystycznej ORSKA. Niestandardowe projekty inspirowane fauną i florą to jej znak rozpoznawczy. Kreatywna praca Anny Oskiej związana jest również z podróżami, które mają swoje odzwierciedlenie w jej projektach.

 "Cała przygoda z tym, że prowadzę swoją markę, nie bierze się tak naprawdę z pragnień, żeby coś osiągać, ale żeby doświadczać i czerpać z tego ogromną przyjemność." 
Anna Orska


W wywiadzie projektantka opowiada o swoich początkach, trudach i odwadze jaką musiała mieć podczas tworzenia własnej firmy. Mówi o tym, jak ważna jest współpraca z innymi:

"Moim największym marzeniem jest po prostu móc projektować. Ale, żeby to się kręciło i ładnie składało z tych wszystkich puzzli, potrzebuję ludzi, z którymi pracuję."

Kobietą, która również swoje życie związała z dizajnem jest Emilia Obrzut, założycielka pierwszego polskiego marketplace vintage Patyna. Jak sama wspomina, jej fascynacja retro meblami, miłością do przedmiotów z duszą narodziła się już dawno temu, podczas urządzania mieszkania. Idea minimalizmu, chęci zmniejszenia nadprodukcji była impulsem do rozwinięcia się również na innej płaszczyźnie. Emilia założyła własną markę Simple as That, oferującą środki do czyszczenia i pielęgnacji, tworzone zgodnie z filozofią zero waste. Każdy produkt jest wegański, biodegradowalny, złożony maksymalnie z pięciu składników. 



Jedną z moich ulubionych polskich projektantek jest Karolina Scipniak. Wszystkie rzeczy tworzy z dbałością o najmniejszy detal, wybierając wyłącznie szlachetne włóczki. Sweter, który mam na sobie jest wykonany z mieszanki moheru, alpaki, jedwabiu i bawełny. Bardzo delikatny, miły w dotyku - idealny na wiosenne i letnie dni. Projekty Karoliny możecie znaleźć tu oraz tu.

Label Magazine za każdym razem zaskakuje mnie nowymi tematami, wywiadami. W tym numerze zaprezentowano wnętrze mieszkania w kamiennicy w centrum Paryża. Dębowe podłogi, białe sztukaterie na ścianach, lustra w złotych ramach... klasyka w nowoczesnym wydaniu. Natomiast duńską sztukę prostoty we wnętrzu projektu Norm Architects, zdefiniowano monochromatycznymi kolorami, betonem i nietuzinkowymi detalami. Nowe oblicze kuchni odkryto w jesmonitowych naczyniach (projektu marki Ornamental Grace i Olivi Aspinall), marmorealu, mogącego być okładziną ścienną bądź podłogową.  Label opisał kilka nowych klimatycznych miejsc: kawiarnię Shugaa w Bankoku, utrzymaną w pastelowych kolorach z odrobiną miętowych dodatków, jasnych drewnianych detali oraz totalnie przeciwieństwo Shugaa - Nærvær w Kopenhadze będące kwintesencją surowości.

Jakie są Wasze ulubione magazyny? 

STOLIK NOCNY

4/21/2018


Po remoncie przez długi czas zastanawiałam się, jakiego rodzaju szafkę nocną potrzebuję. Myślałam o jej funkcjonalności, o tym czy chcę w niej szufladę, czy będzie to jeden z mebli przechowujących drobiazgi. Bardzo podobały mi się te jednak wiedziałam, że potrzebuję czegoś co spełni więcej niż jedną funkcję. W momencie, gdy pojawiły się na rynku stoliki-kosze z podnoszoną pokrywą pomyślałam - tak to jest to! Dałam sobie czas, aby nie podejmować pochopnych decyzji. Z czasem nabrałam wątpliwości do tego, co tak naprawdę zamierzam przetrzymywać wewnątrz kosza. Stos magazynów wciąż leżałby obok, wnętrze może wypełniłabym kocem lub poduszkami. Poszukiwania trwały dalej, a ja oswajałam się z myślą, że mój stolik nocny to stos czasopism rosnących z miesiąca na miesiąc. Przeglądając ofertę Famegu natknęłam się na bardzo klasyczny model krzesła A-14, które świetnie sprawdziłoby się jako  stolik. W każdej chwili mogłabym przywrócić jego funkcję do roli siedziska. W razie gdyby nie sprawdziło się, zostałoby dostawione do stołu jadalnego. Jednak wciąż nie byłam pewna... a może by tak drabinę? Coraz więcej aranżacji wykorzystuje tego rodzaju dekoracje. Problem w tym, że nie mogłabym postawić herbaty, wazonu z kwiatami... a stołek? Nie znalazłam idealnego, ale IKEA przyszła  mi z pomocą : taboret ze schodkiem. Idealna wysokość, kolor i materiał. Niecodzienne rozwiązanie pozwoliło mi na uzyskanie stolika nocnego spełniającego wszystkie postawione przeze mnie wymagania. Wielofunkcyjny mebel posiada dwa stopnie. Jeden z nich wykorzystuję jako stałe miejsce do dekoracji, na drugim odkładam czytane książki, telefon.


stolik - IKEA
poszewka na poduszkę z napisem -  DIY
świeczka - DW home
słoik (wewnątrz lampki choinkowe) - DIY
lampka nad łóżkiem - IKEA

WIOSENNE DODATKI

4/10/2018

Tej wiosny postanowiłam postawić na delikatne, nieprzytłaczające kolorem dodatki. Od dawna brakowało mi w pokoju ramy na obrazy, którą mogę samodzielnie zakomponować. Postawiłam na prostą, biała ramę z passepartout ułatwiającym umieszczenie grafiki. 


Obrazy typu outline bardzo łatwo wykonać samemu.  Do jego narysowania potrzebowałam jedynie odpowiedniej wielkości brystolu, markera i 15 minut. Przejrzenie Pinteresta również okaże się pomocne w poszukiwaniu inspiracji, gotowych projektów.


W pełni nieplanowanym zakupem była kopuła z metalową bazą. Gdy ją zobaczyłam, odrazu skojarzyła mi się z "Małym Księciem". Do wnętrza wsadziłam sztuczne róże, które wyglądają prawie jak żywe. Jest to dekoracja idealna dla mnie, czyli osób, które ususzą nawet najmniej wymagające rośliny. Szklana kopuła równie dobrze sprawdzi się woli przykrywki na pędzle do makijażu, eliminując zbieranie się kurzu na włosiu. 



NUDE NAILS

3/26/2018


Ukochany lakier Essie o nazwie "Ballet Slippers" zyskał konkurencję w w postaci dwóch nowych odcieni od Sally Hansen z serii Colour Therapy.  Ten jaśniejszy, Rosy Quarts, to typowy przedstawiciel mało kryjących lakierów, które pięknie podkreślają naturalny kolor naszych paznokci. Ciemniejszy, bardziej kryjący to beż wpadający w różowo-brzoskwiniowe tony o nazwie Chai On Life. Moim numerem jeden tej wiosny będą krótko opiłowane paznokcie pomalowane lakierem w kolorze skóry. Aby przedłużyć trwałość koloru używam Seche Vite Dry Top Coat, a jako bazę stosuję Essie Fill The Gap - gdy wysycha, robi się matowa, dzięki czemu wiem, że mogę nakładać warstwę koloru. 

MY WORKSPACE

3/18/2018


Codziennie z niego korzystam, niejednokrotnie przywiązuję się do niego na kilka godzin. Dzień w dzień kierunek jaki obieram po przyjściu z uczelni to biurko. Często zawalone papierami, markerami, niedokończonymi notatkami, książkami... mimo to bardzo je lubię.  Przepis na to był tylko jeden - urządzić miejsce pracy ""pod siebie"", tworząc przestrzeń wolną od zbędnych "rozpraszaczy". Stworzyłam sobie kąt, w którym nawet najtrudniejsze zadania stają się dla mnie prostsze do rozwiązania, a długie godziny nie są męczarnią na niewygodnym krześle.


Biurko od nóg po blat składa się z elementów produkcji IKEA. Był to trafny wybór. Dwa kozły sprawdziły się jako miejsce na segregatory i drukarkę. Blat przeżył zalanie herbatą, wycinanie pianki ostrym skalpelem, zamachy cyrklem i wciąż wygląda jak nowy. Przyznam, że nie spodziewałam się, że będzie aż tak wytrzymały. Nie ma na nim ani śladu zarysowań, dziur itp. 150cm blatu roboczego to optymalna dla mnie wielkość, ale ile bym nie miała, tyle bym wykorzystała.


Ponieważ biurko nie posiada szuflad, to do przechowywania drobnych przedmiotów wykorzystałam małe białe pudełka. Dokumenty i książki wkładam do wcześniej wspomnianych metalowych segregatorów, również pochodzących ze szwedzkiej sieci. Co byśmy zrobili bez IKEA? Moje miejsce do pracy nie istniało by bez odrobiny dekoracji w postaci lightboxa (jest bardzo uniwersalny, często zmienia miejsce ""zamieszkania"" w moim pokoju) oraz kratki, będącej w ostatnim czasie jednym z popularniejszych wyszukiwań na Pintereście. Mood board pochodzi z Domowe Pielesze, jest przepięknie wykonana z dbałością o każdy szczegół. Inspiracje, zdjęcia przypinam do kratki  małymi, srebrnymi klipsami, które znalazłam tu. 
Wiele godzin przy biurku wiąże się z wyborem wygodnego siedziska. Fotel (niespodzianka!  kupiłam również w IKEA) jest bardzo komfortowy i mimo niskiego oparcia moje plecy nie męczą się. 
Przy aranżacji miejsca do pracy ważne było rozmieszczenie gniazdek elektrycznych i ich ilość. Ostatecznie zdecydowałam się na jedno pasmo 4 kontaktów umieszczonych około 20 cm nad listwą przypodłogową, co daje mi możliwość łatwego podpięcia wtyczek, a jednocześnie nie są one widoczne.


Ważną rzeczą jest dobre oświetlenie. Ja świadomie zrezygnowałam  z typowej lampy biurowej. Nie chciałam też takiej dużej podłogowej. Pierwsza zabierałaby miejsce na blacie, a druga na podłodze. Obie miałyby długie, plączące się kable utrudniające sprzątanie  i wprowadzające wrażenie bałaganu. Zdecydowałam się na górne oświetlenie w postaci trzech lamp z drucianymi abażurami.Dobrałam do nich żarówki ledowe o barwie neutralnej. Każdą z lamp mogę włączać pojedynczo, a gdy potrzebuję więcej światła włączam wszystkie.

SOCIAL MEDIA GIRL

3/11/2018

Przeglądając tysiące blogów, kont na Instagramie możemy odnieść wrażenie, że każde z nich posiada pewne elementy wspólne poczynając od rzeczy czysto materialnych a skończywszy na wrażliwości na szeroko pojętą sztukę. Globalizacja odgrywa tu niemałą rolę. Dostępność towarów z zakątków różnych krajów jest na wyciągnięcie ręki. Inspirujemy się, a inspirując się często gubimy własne "ja". Jesteś typową dziewczyną prowadzącą jedno z kont na social media. Starasz się wyglądać inaczej niż reszta, ale w sklepie kupujesz ten konkretny model butów, bo widziałaś je na Insta i wyglądały u tych 20 osób genialnie. "Ale przecież ja mam własny styl, nie noszę tego co inni." Znajomi wysyłają snapy z wieczoru z serialem, cóż nie trudno zgadnąć, że i ty obejrzysz kilka odcinków, mimo, że nie przepadasz za historią miasteczka Riverdale. Skoro wszyscy oglądają to musi być ciekawe i warte poświęcenia cennego czasu. 

Masz kubek ze Starbucks, książkę "Love Style Life", "Mleko i miód". W domu na parapecie siedzi kot rasy brytyjskiej (choć radoll też jest ok). Sypialnia odmalowana na biało. Na stoliku nocnym kwiaty w pudełku, łóżko zaścielone kocem z wełny czesankowej. Na biurku względny porządek, milion notesów i plannerów, z których i tak nie skorzystasz, bo nie możesz zdecydować się, który zacząć prowadzić. iMac z wygaszaczem fliquo wskazuje godzinę w formacie 12h. W szafie masz golf z Zary, na ręku Daniela Wellingtona. W "roboczej" torebce Korsa lub LV wrzucony macbook, przykryty kaszmirowym szalikiem. W dni, gdy nie potrzebujesz shoperki wyciągasz worek od Zofii Chylak. W zeszłym sezonie nosiłaś sneakersy Gucci, teraz chcesz zainwestować McQueen. Przed wyjściem przewieszasz na szyji złoty medalik z zawieszką o kształcie monety. W biegu zapominasz o diecie pudełkowej oraz  shake'u Natural Mojo. Wsiadając do auta wypada ci z ręki złoty Iphone 8+. Szukasz go, łamiąc przy okazji paznokcie hybrydowe.  Gdy już wracasz do domu po ciężkim dniu pracy, włączasz Netflix i z nałożoną na twarz maseczką Glam Glow oglądasz jeden z najnowszych seriali. A twoje kosmetyki? Po ostatniej fali popularności tematu azjatyckiej pielęgnacji toaletka ugina się od nadmiaru kremów ze śluzem ślimaka, esencji na różne przypadłosci, toników z wyciągami nieznanych ci dotąd owoców. Przyszła pora na paryski look więc i tak używasz tylko jednego kremu, reszta kurzy się i służy jedynie do zdjęć. Paleta cieni od Hudy Beauty wyglądała przepięknie na dziewczynach z Instagrama, ale ty i tak korzystasz z jednego, tego najjaśniejszego, niewymagającego czasu i porządnego blendowania. Nie oszukujmy się, wolisz pospać dłużej niż siedzieć 2 godziny i deliberować nad kolorem eyelinera pasującym odcieniem do matowej pomadki.


Co mogę odhaczyć u siebie? Prowadzę bloga, Instagrama, mam kubek ze Starbucks, jedną z wymienionych książek, żadnych zwierząt, pomalowany na biało pokój (zawsze taki był), koc z wełny (wysoce niepraktyczny), Jet Set Travel Michaela Korsa, sprzęt z magicznym logo jabłka. Zaliczam się do grona osób, która z Netflixa oglądała góra 2 seriale. Diety pudełkowej nigdy nie próbowałam, zastanawiam się nad wpływem na zdrowie sproszkowanego shake'a i raczej się nie skuszę. Mój rower to letnia wersja samochodu. Mam bardzo wrażliwą cerę, więc do wszystkich kosmetyków podchodzę z dużym dystansem, używam niewielkiej ilości sprawdzonych kremów, maseczki wybieram bardzo długo, ponieważ często działanie produktu jest inne od zamierzonego. Paznokcie hybrydowe robiłam przez niecały rok non-stop, efektem czego była zniszczona płytka, z którą nigdy wcześniej nie miałam problemów. Teraz powróciłam do lakierów klasycznych.

Idę własną drogą, korzystam z inspiracji, eksperymentując szukam rzeczy dobrych dla mnie. Czasem z sukcesem, czasem z porażką. Social media traktuję jak dobrą koleżankę, która może pokazać co nowego  ostatnio upolowała na zakupach, podzieli się informacją o nowym genialnym kosmetyku do włosów, zachęci do pójścia do świetnej kawiarni, poleci super książkę, wystawę itp. Jestem też po tej drugiej stronie. Dzielę się swoimi spostrzeżeniami na różne tematy, pomysłami na stylizację, rzeczami, które sprawiają, że czuję się szczęśliwsza. Oczywiście można mieć wrażenie, że z każdej strony bombardowani jesteśmy informacjami co musimy posiadać, co jeść, jak się ubrać, ale to od nas  zależy wolność wyboru. Wybierajmy mądrze, tak abyśmy z każdym dniem byli bardziej szczęśliwi.


Jestem dziewczyną z social media - w mniejszym bądź większym stopniu, ale jestem. A ty? 



BREAKFAST TIME

3/07/2018
Śniadanie jest moim ulubionym posiłkiem dnia. Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez zjedzenia choćby miniaturowej przekąski. Świat pędzi coraz szybciej. Z rana wolimy pospać dodatkowe 15 minut, które w ogólnym rozrachunku nie sprawi, że będziemy bardziej wyspani, niż przygotować sobie pierwszy posiłek dnia. Dobrze jest jednak popracować nad nawykiem rozpoczynania dnia od zdrowego posiłku. Moim ulubionym rodzajem śniadań są różnego rodzaju płatki i kasze, których przygotowanie nie zajmuje mi więcej niż 10 minut. Zazwyczaj dodaję do nich to, co aktualnie znajdę w kuchni. Ostatnio na nowo pokochałam masło orzechowe, które nagminnie dodaję do niemalże każdego dania. Dzisiejszy przepis na owsiankę to wypadkowa tego, na co miałam ochotę a tego co skrywała domowa spiżarnia oraz inspiracji płynącej z książki Beaty Pawlikowskiej "Śniadania świata".


Składniki:
1/2 szklanki płatków owsianych 
2 łyżki nasion goji
kilka owoców suszonej żurawiny
1 łyżka siemienia lnianego
1 łyżka chia
1 łyżka masła orzechowego
1 mała gruszka
1 banan
1 figa
łyżeczka cynamonu
1/3 łyżeczki imbiru
1/3 łyżeczki kardamonu

Przygotowanie:
Pokrojoną gruszkę wraz z nasionami goji i siemieniem lnianym gotuję w 200ml wody. Gdy woda wrze odczekuję jeszcze 1-2 minuty, tak aby gruszka zmiękła. Wsypuję do garnka płatki owsiane. W trakcie gotowania płatków, dodaję cynamon, imbir i kardamon. Pod koniec dosypuję łyżeczkę chia, dodaję masło orzechowe. Całość przekładam do miski, ozdabiając owsiankę bananem i figą pokrojoną w plasterki, wiórkami kokosa i żurawiną. 
Przepis ten jest bardzo prosty a dzięki dodatkowi masła orzechowego owsianka zyskuje bardziej kremową konsystencję. Przyprawy takie jak imbir i kardamon świetnie rozogrzewają organizm, co jest ważne szczególnie w zimie.


Wracając do książki Beaty Pawlikowskiej, zawiera ona ponad 80 przepisów z 50 krajów świata. Znajdziemy w niej pomysły na ciastka, kanapki, muesli, owsianki, placki, a to wszystko okraszone opowieściami podróżniczki oraz pięknymi zdjęciami. Dowiemy się, jakie było najgorsze śniadanie świata, zobaczymy różnicę między tym, jak wygląda pierwszy posiłek dnia w Nepalu a jak w Indiach. "Śniadania świata" szczególnie polecam osobom, kochającym poranne posiłki. Tym, którym brakuje weny lub tym, którzy chcą odkryć nowe smaki. 

TOWEL SERIES

3/03/2018
Dawno nie mówiłam nic o pielęgnacji włosów, ponieważ nie używałam niczego, co by wyjątkowo mnie zainteresowało. Przychodzi jednak taki moment, że produkty, których używamy kończą się i nadchodzi czas, aby udać się do drogerii. Tym razem skusiłam się na coś nowego. Balsam do włosów od Seboradin stosuję już drugi tydzień. Kupiłam go z czystej ciekawości i chęci przetestowania marki aptecznej. Muszę przyznać, że przez zawartość naturalnych wyciągów m. in. z czarnej rzodkwi, tataraku i dziurawca jego zapach nie należy do najprzyjemniejszych (na szczęście szybko znika). Po każdym użyciu balsamu włosy są bardziej miękkie i błyszczące, mniej się elektryzują.
Jeżeli sięgam po maseczki to najczęściej są to te z Organique. Ponieważ skończyłam już tę z serii algowej, to tym razem padło na zwykłą białą glinkę. Kilka łyżek glinki mieszam z odrobiną wody a następnie nakładam na 10 minut. Skóra jest po niej rozjaśniona, wyraźnie gładsza. Plusem jest większe opakowanie, które starcza na dłużej.
Balsam do ust zimą to mój niezbędnik. O ile uwielbiam lanolinę z Ziaji na noc, o tyle w dzień nie sprawdza się ona w moim przypadku. Jestem posiadaczką długich włosów i niestety przylepiają się one do lepkiej lanoliny na ustach a wietrzna pogoda o tej porze roku  wzmaga ten problem. Balsam od Palmers urzekł mnie przede wszystkim delikatnym zapachem kakao. Nie jest to jeden z tych balsamów, który za kilkoma użyciami uratuje nasze wargi od dramatycznego wyglądu, ale jako dzienne, delikatne nawilżenie sprawdzi się bardzo dobrze.
Odkrycie roku zostawiłam na koniec. Nigdy nie lubiłam używać kremów, tłustych maseł do ciała. Zazwyczaj nie odpowiadała mi ich konsystencja, lepkość jaką zostawiały na skórze. Moje  suche przedramiona błagały jednak o ratunek.  Jedynym produktem, który sprostał moim oczekiwaniom i spełnił swoją rolę było kremowe masło do ciała Blissfully Nourishing. Począwszy od intensywnie nawilżającego działania poprzez wygodne opakowanie a skończywszy na przepięknym zapachu, jest to kosmetyk idealny. Moja skóra jest wyraźnie odżywiona. Suche ramiona zyskały nowe oblicze. Woń wanilii i palonego cukru utrzymuje się przez kilka godzin. 

THE PERFECT LOOK #7

2/26/2018

Choć najbliższe kilka dni będzie dla nas wyjątkowo zimnych, to ja już sięgam wyobraźnią momentu, kiedy ponownie zarzucę na ramiona krótszy płaszcz oraz lżejsze obuwie. Tym razem The Perfect Look jest równie klasyczny jak kilka poprzednich, jednak przy wyborze większości dodatków postawiłam na polskich projektantów. Zauważyłam u siebie tendencję do poszukiwania tego, co pochodzi na naszego kraju. Nie ma nic lepszego niż wspieranie rodzimych manufaktur. 

płaszcz - Zara
sweter - The Odder Side
spodnie - Levis
buty - Loft 37
torebka - Molehill
oprawki - Muscat
zegarek - Cluse

MORE ISSUE THAN VOGUE

2/17/2018

O polskim wydaniu Vogue było już głośno na parę miesięcy przed premierą. Wszyscy zastanawiali się, kto będzie na okładce i co znajdzie się w środku. Snuto domysły, krążyły plotki. I tak oto 14 lutego mogliśmy w końcu z niemałą radością kupić Vogue Polska. Cały internet huczy od nadmiaru komentarzy w tym temacie. Jedni są oczarowani wydaniem. Znajdują w nim wiele ciekawych inspiracji, podoba im się pomysł na okładkę jak i zawarcie typowo polskich motywów. Sesje ukazanae na łamach gazety są nietypowe, intrygujące. Drudzy nie zostawiają na Vogue suchej nitki. Wytykają błędy, uznają ponad 350 stron magazynu za gazetę wypchaną reklamami i wątpliwą treścią.  W zdjęciach nie widzą niczego, co można by uznać za warte zapamiętania...


Tyle szumu o jedną gazetę...
... i bardzo dobrze! Moda to subiektywny temat. Wszyscy mają prawo do wyrażenia swoich racji. Każdy ma własne poczucie estetyki, tworzy własne kanony, inspiruje się czym innym. Już sama okładka VOGUE wywołała wiele kontrowersji. Dlaczego Anja? Co jest z tym Pałacem Kultury? Dlaczego taki krzywy? O Boże, kto to kadrował? Już w dniu premiery mogliśmy oglądać wariacje na temat okładki - ta wywarła na mnie największe wrażenie. 


Jakie jest moje zdanie?
Po pierwsze, okładka. Dwie ikony modelingu - Anja Rubik i Małgosia Bela na tle PKiN oparte o wołgę (super nawiązanie do nazwy VOGUE). Okładka sama w sobie świetnie podkreśla kraj wydania gazety. Brawo za pójście w stronę realizmu, zrezygnowania z przerysowanych twarzy i figur w photoshopie, które w żadnym stopniu nie wyglądają naturalnie. Po drugie, reklamy, reklamy, reklamy, rozpoczynające się już na pierwszych stronach i przewijające się w niezliczonej ilości przez 350 stron. Czy można było tego uniknąć i ograniczyć się do 2-3 rozdzielając tematy? Można, ale reklama jest dla mnie również pewnego rodzaju inspiracją, więc nie oceniam tego negatywnie. Ilość tekstu jest optymalna. Między wywiadami i felietonami znajdziemy zdjęcia z sesji, które (tak, przyznaję) bardzo różnią się od tych spotykanych w popularnych magazynach i nie każdemu przypadną do gustu, nie mniej jednak podobają mi się, ponieważ nie przepadam za studyjnymi ujęciami. 


Za oknem szaro i ponuro, więc i ja pozostaję w tych odcieniach. Wyjątkiem jest kurtka puchowa oraz standardowo (jak u mnie) ciepły, kremowy sweter. Szalik dorwałam w Zarze podczas ostatnich przecen. Była to jedna z niewielu rzeczy jakie kupiłam w tym sezonie na wyprzedażach. Z utęsknieniem czekam na moment, w którym schowam na dno szafy wszystkie zimowo-jesienne ubrania i wyciągnę te wiosenne. 


kurtka - Kappahl
sweter - Reserved
spodnie - Bershka
szalik - Zara
torebka - Badura
kozaki - CCC

Back to Top