STOLIK NOCNY

4/21/2018


Po remoncie przez długi czas zastanawiałam się, jakiego rodzaju szafkę nocną potrzebuję. Myślałam o jej funkcjonalności, o tym czy chcę w niej szufladę, czy będzie to jeden z mebli przechowujących drobiazgi. Bardzo podobały mi się te jednak wiedziałam, że potrzebuję czegoś co spełni więcej niż jedną funkcję. W momencie, gdy pojawiły się na rynku stoliki-kosze z podnoszoną pokrywą pomyślałam - tak to jest to! Dałam sobie czas, aby nie podejmować pochopnych decyzji. Z czasem nabrałam wątpliwości do tego, co tak naprawdę zamierzam przetrzymywać wewnątrz kosza. Stos magazynów wciąż leżałby obok, wnętrze może wypełniłabym kocem lub poduszkami. Poszukiwania trwały dalej, a ja oswajałam się z myślą, że mój stolik nocny to stos czasopism rosnących z miesiąca na miesiąc. Przeglądając ofertę Famegu natknęłam się na bardzo klasyczny model krzesła A-14, które świetnie sprawdziłoby się jako  stolik. W każdej chwili mogłabym przywrócić jego funkcję do roli siedziska. W razie gdyby nie sprawdziło się, zostałoby dostawione do stołu jadalnego. Jednak wciąż nie byłam pewna... a może by tak drabinę? Coraz więcej aranżacji wykorzystuje tego rodzaju dekoracje. Problem w tym, że nie mogłabym postawić herbaty, wazonu z kwiatami... a stołek? Nie znalazłam idealnego, ale IKEA przyszła  mi z pomocą : taboret ze schodkiem. Idealna wysokość, kolor i materiał. Niecodzienne rozwiązanie pozwoliło mi na uzyskanie stolika nocnego spełniającego wszystkie postawione przeze mnie wymagania. Wielofunkcyjny mebel posiada dwa stopnie. Jeden z nich wykorzystuję jako stałe miejsce do dekoracji, na drugim odkładam czytane książki, telefon.


stolik - IKEA
poszewka na poduszkę z napisem -  DIY
świeczka - DW home
słoik (wewnątrz lampki choinkowe) - DIY
lampka nad łóżkiem - IKEA

WIOSENNE DODATKI

4/10/2018

Tej wiosny postanowiłam postawić na delikatne, nieprzytłaczające kolorem dodatki. Od dawna brakowało mi w pokoju ramy na obrazy, którą mogę samodzielnie zakomponować. Postawiłam na prostą, biała ramę z passepartout ułatwiającym umieszczenie grafiki. 


Obrazy typu outline bardzo łatwo wykonać samemu.  Do jego narysowania potrzebowałam jedynie odpowiedniej wielkości brystolu, markera i 15 minut. Przejrzenie Pinteresta również okaże się pomocne w poszukiwaniu inspiracji, gotowych projektów.


W pełni nieplanowanym zakupem była kopuła z metalową bazą. Gdy ją zobaczyłam, odrazu skojarzyła mi się z "Małym Księciem". Do wnętrza wsadziłam sztuczne róże, które wyglądają prawie jak żywe. Jest to dekoracja idealna dla mnie, czyli osób, które ususzą nawet najmniej wymagające rośliny. Szklana kopuła równie dobrze sprawdzi się woli przykrywki na pędzle do makijażu, eliminując zbieranie się kurzu na włosiu. 



NUDE NAILS

3/26/2018


Ukochany lakier Essie o nazwie "Ballet Slippers" zyskał konkurencję w w postaci dwóch nowych odcieni od Sally Hansen z serii Colour Therapy.  Ten jaśniejszy, Rosy Quarts, to typowy przedstawiciel mało kryjących lakierów, które pięknie podkreślają naturalny kolor naszych paznokci. Ciemniejszy, bardziej kryjący to beż wpadający w różowo-brzoskwiniowe tony o nazwie Chai On Life. Moim numerem jeden tej wiosny będą krótko opiłowane paznokcie pomalowane lakierem w kolorze skóry. Aby przedłużyć trwałość koloru używam Seche Vite Dry Top Coat, a jako bazę stosuję Essie Fill The Gap - gdy wysycha, robi się matowa, dzięki czemu wiem, że mogę nakładać warstwę koloru. 

MY WORKSPACE

3/18/2018


Codziennie z niego korzystam, niejednokrotnie przywiązuję się do niego na kilka godzin. Dzień w dzień kierunek jaki obieram po przyjściu z uczelni to biurko. Często zawalone papierami, markerami, niedokończonymi notatkami, książkami... mimo to bardzo je lubię.  Przepis na to był tylko jeden - urządzić miejsce pracy ""pod siebie"", tworząc przestrzeń wolną od zbędnych "rozpraszaczy". Stworzyłam sobie kąt, w którym nawet najtrudniejsze zadania stają się dla mnie prostsze do rozwiązania, a długie godziny nie są męczarnią na niewygodnym krześle.


Biurko od nóg po blat składa się z elementów produkcji IKEA. Był to trafny wybór. Dwa kozły sprawdziły się jako miejsce na segregatory i drukarkę. Blat przeżył zalanie herbatą, wycinanie pianki ostrym skalpelem, zamachy cyrklem i wciąż wygląda jak nowy. Przyznam, że nie spodziewałam się, że będzie aż tak wytrzymały. Nie ma na nim ani śladu zarysowań, dziur itp. 150cm blatu roboczego to optymalna dla mnie wielkość, ale ile bym nie miała, tyle bym wykorzystała.


Ponieważ biurko nie posiada szuflad, to do przechowywania drobnych przedmiotów wykorzystałam małe białe pudełka. Dokumenty i książki wkładam do wcześniej wspomnianych metalowych segregatorów, również pochodzących ze szwedzkiej sieci. Co byśmy zrobili bez IKEA? Moje miejsce do pracy nie istniało by bez odrobiny dekoracji w postaci lightboxa (jest bardzo uniwersalny, często zmienia miejsce ""zamieszkania"" w moim pokoju) oraz kratki, będącej w ostatnim czasie jednym z popularniejszych wyszukiwań na Pintereście. Mood board pochodzi z Domowe Pielesze, jest przepięknie wykonana z dbałością o każdy szczegół. Inspiracje, zdjęcia przypinam do kratki  małymi, srebrnymi klipsami, które znalazłam tu. 
Wiele godzin przy biurku wiąże się z wyborem wygodnego siedziska. Fotel (niespodzianka!  kupiłam również w IKEA) jest bardzo komfortowy i mimo niskiego oparcia moje plecy nie męczą się. 
Przy aranżacji miejsca do pracy ważne było rozmieszczenie gniazdek elektrycznych i ich ilość. Ostatecznie zdecydowałam się na jedno pasmo 4 kontaktów umieszczonych około 20 cm nad listwą przypodłogową, co daje mi możliwość łatwego podpięcia wtyczek, a jednocześnie nie są one widoczne.


Ważną rzeczą jest dobre oświetlenie. Ja świadomie zrezygnowałam  z typowej lampy biurowej. Nie chciałam też takiej dużej podłogowej. Pierwsza zabierałaby miejsce na blacie, a druga na podłodze. Obie miałyby długie, plączące się kable utrudniające sprzątanie  i wprowadzające wrażenie bałaganu. Zdecydowałam się na górne oświetlenie w postaci trzech lamp z drucianymi abażurami.Dobrałam do nich żarówki ledowe o barwie neutralnej. Każdą z lamp mogę włączać pojedynczo, a gdy potrzebuję więcej światła włączam wszystkie.

SOCIAL MEDIA GIRL

3/11/2018

Przeglądając tysiące blogów, kont na Instagramie możemy odnieść wrażenie, że każde z nich posiada pewne elementy wspólne poczynając od rzeczy czysto materialnych a skończywszy na wrażliwości na szeroko pojętą sztukę. Globalizacja odgrywa tu niemałą rolę. Dostępność towarów z zakątków różnych krajów jest na wyciągnięcie ręki. Inspirujemy się, a inspirując się często gubimy własne "ja". Jesteś typową dziewczyną prowadzącą jedno z kont na social media. Starasz się wyglądać inaczej niż reszta, ale w sklepie kupujesz ten konkretny model butów, bo widziałaś je na Insta i wyglądały u tych 20 osób genialnie. "Ale przecież ja mam własny styl, nie noszę tego co inni." Znajomi wysyłają snapy z wieczoru z serialem, cóż nie trudno zgadnąć, że i ty obejrzysz kilka odcinków, mimo, że nie przepadasz za historią miasteczka Riverdale. Skoro wszyscy oglądają to musi być ciekawe i warte poświęcenia cennego czasu. 

Masz kubek ze Starbucks, książkę "Love Style Life", "Mleko i miód". W domu na parapecie siedzi kot rasy brytyjskiej (choć radoll też jest ok). Sypialnia odmalowana na biało. Na stoliku nocnym kwiaty w pudełku, łóżko zaścielone kocem z wełny czesankowej. Na biurku względny porządek, milion notesów i plannerów, z których i tak nie skorzystasz, bo nie możesz zdecydować się, który zacząć prowadzić. iMac z wygaszaczem fliquo wskazuje godzinę w formacie 12h. W szafie masz golf z Zary, na ręku Daniela Wellingtona. W "roboczej" torebce Korsa lub LV wrzucony macbook, przykryty kaszmirowym szalikiem. W dni, gdy nie potrzebujesz shoperki wyciągasz worek od Zofii Chylak. W zeszłym sezonie nosiłaś sneakersy Gucci, teraz chcesz zainwestować McQueen. Przed wyjściem przewieszasz na szyji złoty medalik z zawieszką o kształcie monety. W biegu zapominasz o diecie pudełkowej oraz  shake'u Natural Mojo. Wsiadając do auta wypada ci z ręki złoty Iphone 8+. Szukasz go, łamiąc przy okazji paznokcie hybrydowe.  Gdy już wracasz do domu po ciężkim dniu pracy, włączasz Netflix i z nałożoną na twarz maseczką Glam Glow oglądasz jeden z najnowszych seriali. A twoje kosmetyki? Po ostatniej fali popularności tematu azjatyckiej pielęgnacji toaletka ugina się od nadmiaru kremów ze śluzem ślimaka, esencji na różne przypadłosci, toników z wyciągami nieznanych ci dotąd owoców. Przyszła pora na paryski look więc i tak używasz tylko jednego kremu, reszta kurzy się i służy jedynie do zdjęć. Paleta cieni od Hudy Beauty wyglądała przepięknie na dziewczynach z Instagrama, ale ty i tak korzystasz z jednego, tego najjaśniejszego, niewymagającego czasu i porządnego blendowania. Nie oszukujmy się, wolisz pospać dłużej niż siedzieć 2 godziny i deliberować nad kolorem eyelinera pasującym odcieniem do matowej pomadki.


Co mogę odhaczyć u siebie? Prowadzę bloga, Instagrama, mam kubek ze Starbucks, jedną z wymienionych książek, żadnych zwierząt, pomalowany na biało pokój (zawsze taki był), koc z wełny (wysoce niepraktyczny), Jet Set Travel Michaela Korsa, sprzęt z magicznym logo jabłka. Zaliczam się do grona osób, która z Netflixa oglądała góra 2 seriale. Diety pudełkowej nigdy nie próbowałam, zastanawiam się nad wpływem na zdrowie sproszkowanego shake'a i raczej się nie skuszę. Mój rower to letnia wersja samochodu. Mam bardzo wrażliwą cerę, więc do wszystkich kosmetyków podchodzę z dużym dystansem, używam niewielkiej ilości sprawdzonych kremów, maseczki wybieram bardzo długo, ponieważ często działanie produktu jest inne od zamierzonego. Paznokcie hybrydowe robiłam przez niecały rok non-stop, efektem czego była zniszczona płytka, z którą nigdy wcześniej nie miałam problemów. Teraz powróciłam do lakierów klasycznych.

Idę własną drogą, korzystam z inspiracji, eksperymentując szukam rzeczy dobrych dla mnie. Czasem z sukcesem, czasem z porażką. Social media traktuję jak dobrą koleżankę, która może pokazać co nowego  ostatnio upolowała na zakupach, podzieli się informacją o nowym genialnym kosmetyku do włosów, zachęci do pójścia do świetnej kawiarni, poleci super książkę, wystawę itp. Jestem też po tej drugiej stronie. Dzielę się swoimi spostrzeżeniami na różne tematy, pomysłami na stylizację, rzeczami, które sprawiają, że czuję się szczęśliwsza. Oczywiście można mieć wrażenie, że z każdej strony bombardowani jesteśmy informacjami co musimy posiadać, co jeść, jak się ubrać, ale to od nas  zależy wolność wyboru. Wybierajmy mądrze, tak abyśmy z każdym dniem byli bardziej szczęśliwi.


Jestem dziewczyną z social media - w mniejszym bądź większym stopniu, ale jestem. A ty? 



BREAKFAST TIME

3/07/2018
Śniadanie jest moim ulubionym posiłkiem dnia. Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez zjedzenia choćby miniaturowej przekąski. Świat pędzi coraz szybciej. Z rana wolimy pospać dodatkowe 15 minut, które w ogólnym rozrachunku nie sprawi, że będziemy bardziej wyspani, niż przygotować sobie pierwszy posiłek dnia. Dobrze jest jednak popracować nad nawykiem rozpoczynania dnia od zdrowego posiłku. Moim ulubionym rodzajem śniadań są różnego rodzaju płatki i kasze, których przygotowanie nie zajmuje mi więcej niż 10 minut. Zazwyczaj dodaję do nich to, co aktualnie znajdę w kuchni. Ostatnio na nowo pokochałam masło orzechowe, które nagminnie dodaję do niemalże każdego dania. Dzisiejszy przepis na owsiankę to wypadkowa tego, na co miałam ochotę a tego co skrywała domowa spiżarnia oraz inspiracji płynącej z książki Beaty Pawlikowskiej "Śniadania świata".


Składniki:
1/2 szklanki płatków owsianych 
2 łyżki nasion goji
kilka owoców suszonej żurawiny
1 łyżka siemienia lnianego
1 łyżka chia
1 łyżka masła orzechowego
1 mała gruszka
1 banan
1 figa
łyżeczka cynamonu
1/3 łyżeczki imbiru
1/3 łyżeczki kardamonu

Przygotowanie:
Pokrojoną gruszkę wraz z nasionami goji i siemieniem lnianym gotuję w 200ml wody. Gdy woda wrze odczekuję jeszcze 1-2 minuty, tak aby gruszka zmiękła. Wsypuję do garnka płatki owsiane. W trakcie gotowania płatków, dodaję cynamon, imbir i kardamon. Pod koniec dosypuję łyżeczkę chia, dodaję masło orzechowe. Całość przekładam do miski, ozdabiając owsiankę bananem i figą pokrojoną w plasterki, wiórkami kokosa i żurawiną. 
Przepis ten jest bardzo prosty a dzięki dodatkowi masła orzechowego owsianka zyskuje bardziej kremową konsystencję. Przyprawy takie jak imbir i kardamon świetnie rozogrzewają organizm, co jest ważne szczególnie w zimie.


Wracając do książki Beaty Pawlikowskiej, zawiera ona ponad 80 przepisów z 50 krajów świata. Znajdziemy w niej pomysły na ciastka, kanapki, muesli, owsianki, placki, a to wszystko okraszone opowieściami podróżniczki oraz pięknymi zdjęciami. Dowiemy się, jakie było najgorsze śniadanie świata, zobaczymy różnicę między tym, jak wygląda pierwszy posiłek dnia w Nepalu a jak w Indiach. "Śniadania świata" szczególnie polecam osobom, kochającym poranne posiłki. Tym, którym brakuje weny lub tym, którzy chcą odkryć nowe smaki. 

TOWEL SERIES

3/03/2018
Dawno nie mówiłam nic o pielęgnacji włosów, ponieważ nie używałam niczego, co by wyjątkowo mnie zainteresowało. Przychodzi jednak taki moment, że produkty, których używamy kończą się i nadchodzi czas, aby udać się do drogerii. Tym razem skusiłam się na coś nowego. Balsam do włosów od Seboradin stosuję już drugi tydzień. Kupiłam go z czystej ciekawości i chęci przetestowania marki aptecznej. Muszę przyznać, że przez zawartość naturalnych wyciągów m. in. z czarnej rzodkwi, tataraku i dziurawca jego zapach nie należy do najprzyjemniejszych (na szczęście szybko znika). Po każdym użyciu balsamu włosy są bardziej miękkie i błyszczące, mniej się elektryzują.
Jeżeli sięgam po maseczki to najczęściej są to te z Organique. Ponieważ skończyłam już tę z serii algowej, to tym razem padło na zwykłą białą glinkę. Kilka łyżek glinki mieszam z odrobiną wody a następnie nakładam na 10 minut. Skóra jest po niej rozjaśniona, wyraźnie gładsza. Plusem jest większe opakowanie, które starcza na dłużej.
Balsam do ust zimą to mój niezbędnik. O ile uwielbiam lanolinę z Ziaji na noc, o tyle w dzień nie sprawdza się ona w moim przypadku. Jestem posiadaczką długich włosów i niestety przylepiają się one do lepkiej lanoliny na ustach a wietrzna pogoda o tej porze roku  wzmaga ten problem. Balsam od Palmers urzekł mnie przede wszystkim delikatnym zapachem kakao. Nie jest to jeden z tych balsamów, który za kilkoma użyciami uratuje nasze wargi od dramatycznego wyglądu, ale jako dzienne, delikatne nawilżenie sprawdzi się bardzo dobrze.
Odkrycie roku zostawiłam na koniec. Nigdy nie lubiłam używać kremów, tłustych maseł do ciała. Zazwyczaj nie odpowiadała mi ich konsystencja, lepkość jaką zostawiały na skórze. Moje  suche przedramiona błagały jednak o ratunek.  Jedynym produktem, który sprostał moim oczekiwaniom i spełnił swoją rolę było kremowe masło do ciała Blissfully Nourishing. Począwszy od intensywnie nawilżającego działania poprzez wygodne opakowanie a skończywszy na przepięknym zapachu, jest to kosmetyk idealny. Moja skóra jest wyraźnie odżywiona. Suche ramiona zyskały nowe oblicze. Woń wanilii i palonego cukru utrzymuje się przez kilka godzin. 

THE PERFECT LOOK #7

2/26/2018

Choć najbliższe kilka dni będzie dla nas wyjątkowo zimnych, to ja już sięgam wyobraźnią momentu, kiedy ponownie zarzucę na ramiona krótszy płaszcz oraz lżejsze obuwie. Tym razem The Perfect Look jest równie klasyczny jak kilka poprzednich, jednak przy wyborze większości dodatków postawiłam na polskich projektantów. Zauważyłam u siebie tendencję do poszukiwania tego, co pochodzi na naszego kraju. Nie ma nic lepszego niż wspieranie rodzimych manufaktur. 

płaszcz - Zara
sweter - The Odder Side
spodnie - Levis
buty - Loft 37
torebka - Molehill
oprawki - Muscat
zegarek - Cluse

MORE ISSUE THAN VOGUE

2/17/2018

O polskim wydaniu Vogue było już głośno na parę miesięcy przed premierą. Wszyscy zastanawiali się, kto będzie na okładce i co znajdzie się w środku. Snuto domysły, krążyły plotki. I tak oto 14 lutego mogliśmy w końcu z niemałą radością kupić Vogue Polska. Cały internet huczy od nadmiaru komentarzy w tym temacie. Jedni są oczarowani wydaniem. Znajdują w nim wiele ciekawych inspiracji, podoba im się pomysł na okładkę jak i zawarcie typowo polskich motywów. Sesje ukazanae na łamach gazety są nietypowe, intrygujące. Drudzy nie zostawiają na Vogue suchej nitki. Wytykają błędy, uznają ponad 350 stron magazynu za gazetę wypchaną reklamami i wątpliwą treścią.  W zdjęciach nie widzą niczego, co można by uznać za warte zapamiętania...


Tyle szumu o jedną gazetę...
... i bardzo dobrze! Moda to subiektywny temat. Wszyscy mają prawo do wyrażenia swoich racji. Każdy ma własne poczucie estetyki, tworzy własne kanony, inspiruje się czym innym. Już sama okładka VOGUE wywołała wiele kontrowersji. Dlaczego Anja? Co jest z tym Pałacem Kultury? Dlaczego taki krzywy? O Boże, kto to kadrował? Już w dniu premiery mogliśmy oglądać wariacje na temat okładki - ta wywarła na mnie największe wrażenie. 


Jakie jest moje zdanie?
Po pierwsze, okładka. Dwie ikony modelingu - Anja Rubik i Małgosia Bela na tle PKiN oparte o wołgę (super nawiązanie do nazwy VOGUE). Okładka sama w sobie świetnie podkreśla kraj wydania gazety. Brawo za pójście w stronę realizmu, zrezygnowania z przerysowanych twarzy i figur w photoshopie, które w żadnym stopniu nie wyglądają naturalnie. Po drugie, reklamy, reklamy, reklamy, rozpoczynające się już na pierwszych stronach i przewijające się w niezliczonej ilości przez 350 stron. Czy można było tego uniknąć i ograniczyć się do 2-3 rozdzielając tematy? Można, ale reklama jest dla mnie również pewnego rodzaju inspiracją, więc nie oceniam tego negatywnie. Ilość tekstu jest optymalna. Między wywiadami i felietonami znajdziemy zdjęcia z sesji, które (tak, przyznaję) bardzo różnią się od tych spotykanych w popularnych magazynach i nie każdemu przypadną do gustu, nie mniej jednak podobają mi się, ponieważ nie przepadam za studyjnymi ujęciami. 


Za oknem szaro i ponuro, więc i ja pozostaję w tych odcieniach. Wyjątkiem jest kurtka puchowa oraz standardowo (jak u mnie) ciepły, kremowy sweter. Szalik dorwałam w Zarze podczas ostatnich przecen. Była to jedna z niewielu rzeczy jakie kupiłam w tym sezonie na wyprzedażach. Z utęsknieniem czekam na moment, w którym schowam na dno szafy wszystkie zimowo-jesienne ubrania i wyciągnę te wiosenne. 


kurtka - Kappahl
sweter - Reserved
spodnie - Bershka
szalik - Zara
torebka - Badura
kozaki - CCC

BEAUTY FINDS

2/15/2018

Styczeń był miesiącem, w którym odkryłam kilka nowych kosmetyków jak i po raz kolejny sięgnęłam po niezawodne produkty, goszczące u mnie już wcześniej.  Pierwszą nowością jest rozświetlający krem z Resibo. Nakładam go na całą twarz z rana w roli bazy pod podkład. Świetnie nawilża dzięki zawartości soku z aloesu, olejowi z pestek winogron oraz skwalanowi roślinnemu. W swoim składzie zawiera dwa rodzaje miki, której zawdzięczamy optyczne wygładzenie cery. Krem  jest w 98,6% naturalny. Już po pierwszym użyciu byłam w nim totalnie zakochana. 



Nowościami w mojej obecnej pielęgnacji są mgiełki. Pierwsza z nich to Flower Beauty Power . Wzbogacona w wodę termalną, ekstrakt z peonii i hibiskusa oraz hydrolat z róży działa przede wszystkim nawilżająco, rozjaśniająco i odświeżająco. Mgiełka jest w 97% naturalna, nie zawiera parafiny, PEG-ów, silikonów i olejów mineralnych. Druga esencja - COCO Beauty Juice urzekła mnie intensywnie kokosowym zapachem, który przywodzi na myśl wakacje. Mgiełka ma za zadanie nawilżyć, odżywić i tonizować skórę. Do tej pory nie zauważyłam większej różnicy między Flower  Beauty Power a COCO Beauty Juice. Obie są równie przyjemne w używaniu i spisują się na piątkę. Kremy z serii My Wonder balm są mi znane od około roku. Teraz używam naprzemiennie Call Me Later oraz  I Love Me, idealnie współgrający zapachem z esencją Flower Beauty Power. Call Me Later jest cięższym, szybko wchłaniającym się kremem. Świetnie sprawdza się w dni, kiedy moja skóra jest przesuszona i potrzebuje dodatkowego nawilżenia, które zapewnia zawartość masła shea oraz olejków. Zapach jest delikatny, ale bardzo przyjemny o poranku. I Love Me to przede wszystkim lżejsza konsystencja, bomba odżywienia i nawilżenia dla skóry. Zdecydowanie mój ulubieniec jeżeli chodzi o zapach, który zawdzięcza olejkowi z róży. Krem również zmniejsza zaczerwienienia, wyrównuje koloryt i rozświetla. Oba kremy od Miya są pozbawione parafiny, PEG-ów, sztucznych barwników, silikonów. 

JAK EDYTUJĘ ZDJĘCIA?

2/06/2018



Bardzo często pytacie mnie jak edytuję swoje zdjęcia, jakich aplikacji używam i czym robię zdjęcia. W tym wpisie przychodzę do was z odpowiedzią.



SPRZĘT jakim najczęściej wykonuję zdjęcia to aparat Olympus E-PL7,  jeżeli nie mam go w zasięgu ręki to korzystam z iPhone.


APLIKACJE z jakich aktualnie korzystam: VSCO, Afterlight, Snapseed


PROCES EDYCJI zaczynam od VSCO CAM. Ulubionym filtrem jest A6. Następnie przechodzę do zmiany ekspozycji (-2,0), kontrastu (-2,0), saturacji (-1,0), temperatury (+1,0), tinty (+1,0). Czasami stosuję ziarno (+3,0). Gdy zakończę edycję w VSCO, przechodzę do Afterlight, gdzie korzystam jedynie z filtrów z sekcji "dusty" (wybieram jeden z dostępnych 13, najczęściej jest to 7 lub 2). Jeżeli efekt wciąż mnie nie satysfakcjonuje to używam Snapseed. Tam dokonuję jedynie korekt miejscowych tj. rozjaśnienie konkretnych elementów, wyostrzenie lub dodanie większego kontrastu. 


 
Back to Top